- Gdzie byłeś? - głos Stagnacji zaskrzypiał w holu Marzłoci i odbił się echem od lodowych ścian. - Mówiłem ci, że nie powinieneś tego robić.

Pierrot pogardliwie wygiął wargi. Jego spojrzenie omiotło postać przygarbionego starca, zatrzymało się na powykręcanych palcach, kurczowo trzymających kostur. “Jak ostatnia deska ratunku” - pomyślał i odwrócił wzrok.

- Mówiłem ci, że w końcu coś ci się stanie.

Odpowiedzią było tylko wzruszenie ramion. Przez oblicze Stagnacji przez moment przebiegł grymas ni to złości, ni zniecierpliwienia.

- Nie słuchasz mnie.
- Skończyłeś? - Pierrot ruszył przed siebie, omijając starca, unikając jego wzroku.
- Nie, nie skończyłem. - głos Stagnacji był suchy, jak trzaśnięcie biczem. Pierrot zatrzymał się, ale wciąż pozostał odwrócony. - Straciliśmy już lepszych od ciebie w Gąszczu. - Starzec ze złością wysyczał w stronę jego pleców.

Serce Pierrota zamarło na moment. Zacisnął pięści i głęboko, wolno wciągnął powietrze w płuca, zamykając oczy. Starzec prawie natychmiast pożałował swojej porywczości, było już jednak za późno. Słowa, które padły między nimi, zawisły w powietrzu jak lodowe bryły.
- Może i mnie w końcu czeka tam coś złego - głos chłopaka zadrżał lekko, ledwo dosłyszalnie. - Nie będziecie w końcu musieli zawracać sobie mną głowy. - ruszył przed siebie.
- Pierrot, zaczekaj! - starzec chwycił kurczowo rękaw rozmówcy. - Ja chciałem tylko...
- Nie dotykaj mnie. - w oczach Pierrota nie było już nic poza bezbrzeżnym chłodem. Gwałtownie wyrwał rękaw z zaciśniętych palców Stagnacji. Obcasy jego butów wystukiwały głuche staccato w zimnym holu Marzłoci.

Stary patrzył za nim, ogarnięty żalem. Dlaczego go nie słucha? Dlaczego tak bezsensownie, głupio ryzykuje? Chciał powiedzieć, ostrzec - nigdy, przenigdy nie chodź w Gąszcz samotnie! Wciąż pamiętał ciało Żałoby, rozszarpane przez wijące się gałęzie, a przecież wciąż jednak żywe, jej prośbę o zakończenie mąk. Nie mógł zapomnieć Legata, na którego Gąszcz sprowadził szaleństwo. Przed oczami miał obraz Sznura, który wrócił z samotnej wyprawy do Gąszczu pozbawiony całkowicie duszy i świadomości, odmienionego na podobieństwo bezmyślnej rośliny. I wciąż pamiętał swój powracający sen, paraliżujący, a jednak budzący dreszcz rozkosznego oczekiwania. Pęd kolczastej róży przerastający mu skórę na czole, oplatający głowę jak cierniowa korona...

Z odrętwienia wyrwał go odgłos zatrzaskiwanych drzwi. Pierrota już nie było.

***

- Pierrot... - głos Filizanki był cichutki i nieśmiały. Jak zawsze.
- Czego chcesz? - warknął w jej stronę. Zaczynał wątpić w to, że jej towarzystwo może mu w czymkolwiek pomóc. Przecież sama chciała, prawda? Poza tym sam Stagnacja stwierdził w jednym ze swoich beznadziejnie zbędnych wywodów, że niebezpiecznie jest tu chodzić samemu, a ich jest przecież dwoje. To chyba nie ma się czego bać, głupia gęś. Jeśli teraz stwierdzi, że chce wracać do domu, to niech ją wszystkie siły magii chronią przed jego zniecierpliwieniem.

- Czy mogę wziąć cię za rękę? - uniosła powoli wzrok, onieśmielona jego poirytowaniem. Patrzył w jej rozszerzone źrenice. Nagle wydała mu się taka... krucha. Bez słowa ujął jej drobniutką dłoń. Przez chwilę szli w całkowitym milczeniu.

- Pierrot? - zerknęła na niego ukradkiem.
- Tak? - Jego złość ulotniła się. Napawał się intymnością tej chwili, wykradzionej zimnemu, pozbawionemu emocji Dworowi. Zupełnie, jakby ciepło jej ręki i kiełkujące zaufanie były arogancją wobec Królowej.
- Czemu chciałeś tu przyjść? Nie boisz się?

Gorzki uśmiech wykwitł na jego twarzy.

- Nie. Nie boję się. Jak mogę się bać czegoś, co nie istnieje naprawdę?
- Ale... Jak to, nie istnieje naprawdę? - zaskoczona, zatrzymała się. - Gąszcz nie istnieje?

Też się zatrzymał. Stali naprzeciw siebie. Filiżanka zaciekawiona zerkała w górę, patrząc mu w oczy. Wyraźnie górował nad nią wzrostem, ale cóż, nie on jeden. W końcu była jedną z najdrobniejszych postaci Marzłoci. Mała Filiżanka, skromna szara myszka, prześlizgująca się korytarzami dworu. Cicha służka.

Wzruszył ramionami. - Gąszcz, Matecznik. - zakreślił szeroki gest drugą, wolną, ręką. - Nawet nasz kochany Dwór. - uśmiechnął się złośliwie, po czym pochylił się ku niej i wyszeptał - Wszystko to - to tylko sen wariata.

Pędy pojawiły się znikąd. Wystrzeliły z ziemi, wypełzły spod kamieni, wyrwały się zza zasłony drzew. Oszołomiony patrzył, jak oczy dziewczyny rozszerzają się w przerażeniu. Widział w nich odbitą własną, pobladłą nagle twarz. Gąszcz chciwie pociągnął ją ku sobie.

- Pierrot? - zdążyła jeszcze szepnąć, zanim szarpnięcie wyrwało małą dłoń z jego uścisku. Gałęzie oplotły ją natychmiast, okrywając ją całkowicie w wężowym uścisku. Rzucił się ku nim, było już jednak za późno. Pędy zwinęły się, splotły, po czym niemal natychmiast rozdzieliły, wracając tam, skąd wypełzły - pod kamienie, za pnie drzew, głęboko do wnętrza ziemi.

- Filiżanko! - krzyknął, zdjęty przerażeniem.

Odpowiedziała mu tylko cisza. I szum niezliczonych liści.

Był sam.


+