Scenariusz Gry Głównej wersja14.doc |
| Wpisany przez Administrator / piątek, 23 lipca 2010 18:28 |
Elitarny oddział, o kilkudziesięcioletniej historii. Jedna z frontowych legend, sławna na tyle, że wielu powątpiewało w jego istnienie. „To wymyślony oddział, idealny wzorzec, do którego powinni dążyć żołnierze” mówili. Dopóki brat, przyjaciel, czyjś znajomy nie otrzymywał rozkazu przeniesienia. Rozkazu, który traktowany był jak najwyższy zaszczyt. Kuzyn, syn, druh, nagle stawał się jednym z trzydziestu najlepszych i najtwardszych mężczyzn na całym froncie. „Widocznie któryś z nich odszedł” szeptali cicho, kiedy już odjechał. Odchodzili. To prawda. Ale Karmazynowa Rota wciąż trwała. Znikała na całe tygodnie, przenikając głęboko na terytorium wroga. Słuch o niej ginął, rodziły się plotki, po czym wszystko zaczynało się od początku. „Rotę rozbili” powtarzano w chwilach zniechęcenia przy ogniskach. „Nieprawda” zaprzeczył ktoś. „Mój stryj wczoraj stał się jednym z nich”. Wracali. Zaraz po nich wracały opowieści historie i na końcu sama chwała. „Następne niewykonalne zadanie wykonane, kolejna niezniszczalna twierdza zniszczona i znowu niepokonany wróg został pokonany” niosło się z ust do ust. Nie mogli tego słyszeć. Już dawno byli na froncie. Czyżby byli rycerzami bez skazy? Nie do końca. Po pierwsze czasem, w imię Jedynego, stosowali metody, które w Dominium uznawane byłyby co najmniej za niedopuszczalne. Po drugie – i to była największa z licznych tajemnic oddziału, żołnierze Roty cechowali się wyjątkową odpornością na podszepty deviria. Bynajmniej, nie zawdzięczali tego wytężonym modłom czy szczególnej opiece Jedynego, lecz wywarowi, który przygotowywał aktualny konował Roty, a którego skład znał jeszcze kapitan i porucznicy. Mróz – tak go nazywali, bo po jego zażyciu wydawało im się, że w ich żyłach zamiast krwi krąży płynny lód. Mróz przywiązywał żołnierzy do Roty jak nic innego. Po prostu uzależniał od pierwszej dawki. Poza tym nawet przyjmowany przez lata nie miał innych skutków ubocznych. Jego brak i owszem… Wszystko toczyło się stałym rytmem aż do zimy tego roku. Nadszedł dzień, w którym szczęście opuściło żołnierzy w czerwieni a umiejętnościom nie udało się go zastąpić. Rota wykonała zadanie. Pod osłoną nocy dwóch zwiadowców udało się przekazać informacje dowództwu. Pozostało tylko zatrzeć ślady działalności saperów i wracać. Nie zdążyli. Jednak Tobie się udało. Potencjalny konwentowiczu najwyraźniej czytasz to, co znajduje się na naszej stronie internetowej. Gratulacje! Już prawie wygrałeś. W nagrodę nagrodę mamy dla Ciebie koszulkę. Musisz tylko zadzwonić pod numer 794 418 620 i odpowiedzieć na 3 proste pytania oraz oczywiście być pierwszym, a koszulka będzie Twoja. W konkursie nie mogą brać udziału organizatorzy, ani ich partnerzy seksualni. Żaden z nich nie pamiętał takiej sytuacji, w której to Rota byłaby zwierzyną. Tak się jednak stało. Uciekali, coraz wyżej, wyżej w góry z potwornym przeświadczeniem że to nie oni wybierają trasę ucieczki. Trzeciego dnia, po dwóch nieprzespanych nocach, zdobywając się na nadludzki wysiłek, zdołali po raz pierwszy zwiększyć nieco dystans jaki dzielił ich od prześladowców. Zyskali kilka godzin. Szczęścia starczyło im akurat na tyle, żeby znaleźć jaskinię, na dnie której gromadziła się woda. Czasu, by ostatni z saperów wysadził w powietrze skalną ścieżkę, która ich do niej doprowadziła. Pozostało im tylko mieć nadzieję, że zwiadowcy dotrą gdzie trzeba, że ofensywa rozpocznie się zgodnie z planem, potoczy się po ich myśli, że ktoś ich znajdzie i nie umrą do tego czasu z głodu. Na to, że dzicz pod jaskinią odstąpi, nie liczyli. Kiedy rozpoczął się atak, było ich dwudziestu ośmiu. Do jaskini dowlokło się dziewiętnastu, mniej i ciężej rannych. Mimo wysiłków z trudem trzymającego się na nogach Konowała, pierwszy z nich umarł przed zachodem słońca. Dwóch następnych następnego dnia. Potem przez dwa dni nikt nie odszedł, za to piątego dnia opuścił ich sam Konował. Po dwóch tygodniach został ich tuzin. Odchodzili od zmysłów z głodu, prowiant który mieli przy sobie skończył się już po kilku dniach. Nie mieli sił chować zmarłych, zrzucali ich ze skały, gdy odór gnijącego mięsa stawał się nie do zniesienia. Którego dnia Czarny zasugerował, że skoro głodują, można jakoś inaczej wykorzystać to mięso tego nie pamięta nikt. I wcale nie chcą sobie przypominać. Przystali na jego propozycję. W każdym razie ci spośród nich, którzy byli w stanie mówić. Kiedy przybyły ich wojska i rozpędziły obozującą przy skałach hałastrę, Kapitan zabronił komukolwiek wchodzić do jaskini. Po czterdziestu trzech dniach, razem z nim, wyszło z niej sześciu, a siódmego nieśli. Kiedy wrócili do Terest czekali już na nich dwaj pozostali żołnierze Roty; ci którzy odjechali nocą poinformować przełożonych, że Rota wykonała swoją powinność. Jeden próbował porozmawiać, ale widząc w jakim są stanie zdecydował się przełożyć rozmowę na później. Nigdy się nie odbyła. Drugi, którego brat był Chorążym i nie wrócił z nimi, nie chciał czekać. Dowiedział się i powiesił jeszcze tej samej nocy. W tej chwili w Karmazynowej Rocie jest mnóstwo wakatów, dokładnie dwadzieścia dwa. Kapitan nie zdecydował się na nowy nabór. Podobno szuka właściwych kandydatów. Ostatnio przestano widywać żołnierzy Roty w Terest, wiadomy znak, że znów gdzieś się udali. Jak mówią. |