Dobrze, że jesteś. Chodź, usiądź koło mnie, nie bój się. Tak, wiem, że jest zimno, ale zaraz rozgrzejesz się przy ogniu. Daj, rozetrę ci dłonie. Ale zmarznięte... No już, już dobrze. Chcę ci coś pokazać. Spójrz tu, widzisz ten kryształ? Weź go i przyjrzyj mu się uważnie. Piękny, prawda? Czujesz, jak układa się w dłoni, szukając ciepła? Zobacz, jak opalizuje – to sen zamknięty w jego wnętrzu. Popatrz, budzi się.

***

Zdyszany po szaleńczym biegu chłopiec oparł się o szorstki pień drzewa. Stał tak przez chwilę, starając się wyrównać oddech, po czym zaczął nasłuchiwać. Nie słyszał nic oprócz uspokajającego szumu lasu, chyba ich zgubił. Zacisnął mocniej usta i zamrugał gwałtownie, w determinacji powstrzymując cisnące się do oczu łzy wściekłości i upokorzenia.

Nienawidził ich wszystkich! Dzieciaków z osiedla w markowych butach i pachnących nowością bluzach, puszczających piosenki ze swoich drogich telefonów! Dzieciaków szydzących z jego trampków z poprzedniego roku, łaty naszytej na kolanie jeansów i tego, że ojciec od nich odszedł. Jeszcze im wszystkim pokaże! Jeszcze będą go błagać o wybaczenie.

Napawał się myślą o tym, jak zmarkotnieją im miny. Podniósł z ziemi patyk i zamachnął się nim raz i drugi, po czym ruszył przed siebie w głąb pachnącego wilgocią lasu. Zastanawiał się, jak się zemścić. Nie mogąc wymyślić nic mądrego, zaczął siec patykiem gęsto rosnące kępy paproci. Plan pojawił się niespodziewanie...

Przypomniał sobie, jak na jednej z ostatnich lekcji pani opowiadała o czarodziejskich przedmiotach przynoszących szczęście i bogactwo. Zaczął odgarniać kijem pierzaste liście w poszukiwaniu kwiatu. Bo pani mówiła, że w wakacje mogą poszukać kwiatu paproci, który podobno rośnie w tym lesie. Kwiat paproci wydał się planem genialnym w swojej prostocie.

Czerwcowe słońce chyliło się ku zachodowi. Złocisto-czerwony blask przeświecał jeszcze tu i ówdzie przez gęstwinę drzew. Pogwizdując i wymachując kijem chłopiec dziarsko maszerował przez otulający się w wieczorną ciszę las, przeczesując każde, nawet najmniejsze skupisko paproci. Cienie wydłużały się, a drzewa coraz bardziej chyliły ku sobie. Chłopiec zdał sobie sprawę, że chyba już szedł tą ścieżką. A może to była podobna? Szybko zganił się w myślach - przecież, kiedy już zerwie kwiat paproci, droga do domu sama się znajdzie. Pokrzepiony tą myślą i uspokojony delikatnym szumem liści szedł nadal przed siebie.

W lesie było już zupełnie ciemno, kiedy chłopiec zatrzymał się przy powykręcanym wiekowym dębie. Nie pamiętał drogi, którą tu przyszedł, był zmęczony, przemoczył trampki i z minuty na minutę robiło mu się coraz zimniej. Poza tym był naprawdę głodny. Las szeleścił dziwnie, jak gdyby chciał mu coś powiedzieć, a może zaśpiewać? Po drugiej stronie dębu odkrył miejsce jakby stworzone do odpoczynku. Usiadł wśród korzeni układających się jak oparcie wielkiego fotela. Postanowił, że tylko odrobinę odpocznie i pójdzie dalej.

Kiedy otworzył oczy, księżyc był już wysoko na niebie. Gałęzie drzew gładziły jego srebrzystą tarczę, jakby zapraszając do tańca. Chłopiec zamrugał i przetarł zaspane oczy. Las wydawał się być jakiś inny. Gęstszy, starszy... Przeciągnął się, zastanawiając nad tym wrażeniem. Kiedy klęknął, by zawiązać but, zauważył ruch tuż obok siebie. Zaciekawiony podpełzł na kolanach bliżej zarośli, spoglądając w pachnącą jesienią ściółkę. Pomiędzy zbutwiałymi liśćmi pojawił się pęd. Powoli, jakby nieśmiało, wyłonił się z wilgotnego podłoża, zatańczył opalizując w blasku księżyca i zaczął piąć się ku górze. Zatrzymał się tuż przy twarzy chłopca.

Nagle wokół łodygi zaczęły wystrzeliwać pióropusze ciemnozielonych, drobnych liści, a na jej szczycie zaczął nabrzmiewać pąk. Po chwili pękł, rozświetlając złociście twarz chłopca, ukazując hipnotycznie pachnący kwiat. Kwiat paproci! Przemknęło mu przez myśl. Nie zastanawiając się, sięgnął po łodyżkę i zerwał ją. Kwiat wtulił się w jego dłoń jak małe zwierzątko. Przepełniony poczuciem szczęścia chłopiec, chłonąc niezwykły zapach, uniósł zerwany kielich ku twarzy, i wtedy usłyszał kobiecy głos:
- Wszystkie kwiaty w tym lesie należą do mnie.

Odruchowo schował go za siebie i odwrócił się. Stała nad nim kobieta odziana w dziwaczną suknię,   przywodzącą na myśl splątane korzenie drzewa. Pod jej spojrzeniem poczuł się jak schwytany królik. Spuścił wzrok, gorączkowo zastanawiając się nad wymówką, ale, jak na złość, nic nie przychodziło mu do głowy.

- Skoro jednak już go zerwałeś, możesz go zatrzymać. - w głosie pani usłyszał chłód. - Musisz jednak dać mi coś w zamian.
- Ale... Kiedy ja nic nie mam. - chłopiec zaryzykował spojrzenie na kobietę. Stała nad nim, klęczącym w wilgotnej ściółce, zagubionym w ciemnym, obcym lesie.
- Ależ masz... - oczy pani zabłysły złowrogo. - Oddasz mi swoje dzieciństwo.

Chłopiec na chwilę zapomniał o strachu i uśmiechnął się szeroko. Nie będzie dzieckiem. Nikt nie będzie się już z niego śmiał i bił go na osiedlu, i jeszcze będzie miał czarodziejski kwiat paproci. Same plusy!

Ufnie wyciągnął dłoń w kierunku kobiety. Pomogła mu wstać, po czym ruszyli razem w mrok nocy, rozjaśnianej jedynie chłodnym blaskiem księżyca. Spowite w tajemnicę drzewa zdawały się przed nimi rozstępować i pochylać w niemym hołdzie. Pani uśmiechnęła się do niego, a on zapomniał o całym świecie, szedł obok niej, kurczowo ściskając w ręce wyschniętą dębową gałązkę.


+