Obudź się.
Otwórz oczy i spójrz na mnie, żebyś nie zapomniał. Właśnie tak. Nie mów nic. Wiem, że podobało ci się i odnalazłeś to, czego szukałeś. Potrzeba czasu, żeby zrozumieć, więc nie spiesz się. Ona czeka na ciebie i pragnie, żebyś wrócił, kiedy tylko będziesz gotowy. A teraz idź już, inni czekają.
Witaj Edwardzie.
- Pani, musisz mi pomóc. Poszukuję snu umierającego dziecka.

***

Elektrokardiograf bezskutecznie próbował zgrać się z rytmem „Jingle Bells” dobiegającego z korytarza. Sylwetki ostatnich odwiedzających swoje pociechy przemykały na tle mlecznej szyby niczym w teatrzyku cieni. Odwiedziny powinny się zakończyć już dwie godziny temu, ale przecież dzisiaj wyjątkowa noc, której nie powinno się spędzać w samotności, a ordynator szpitala przy Great Ormond Street w pełni się z tym zgadzał.



W sali Teda świąteczną atmosferę nadawały tylko wyświetlacze migające u wezgłowia łóżka i wielki, obwiązany czerwoną wstążką prezent, stojący na podłodze przy oknie. Pielęgniarka, która go przyniosła, mimo protestów odczytała karteczkę przymocowaną do czerwonej kokardy i obiecała rozpakować go jutro z samego rana. Ojciec tłumaczył się, że jest w delegacji, przepraszał i obiecywał, że przyjedzie za trzy dni. Odwiedzali go dziś tylko lekarze i pielęgniarki, niezmiennie przy wyjściu życząc szczęśliwego nowego roku. Ruch na korytarzu ucichł, jeszcze zanim zegar wskazał jedenastą. Po ostatnim nocnym obchodzie szpital zasypiał w rytm wszystkich urządzeń, które trzymały pacjentów przy życiu i, jeśli nie wydarzyło się nic niespodziewanego, nie przybył nowy pacjent albo nie odszedł jeden z obecnych, trwał tak aż do świtu.

Kolejna samotna noc, pomyślał Ted poprawiając poduszkę i przekręcając się na bok tak, aby nie urazić wkłucia centralnego przy obojczyku. Od czasu, kiedy wybudził się po operacji, był podłączony do całej plątaniny przewodów, przez które tłoczono w niego leki, które mierzyły jego czynności życiowe i monitorowały pracę serca. Spędził w szpitalu święta i pewnie zostanie tutaj kilka tygodni. Może chociaż niedługo przeniosą go na wspólną salę, tam przynajmniej będzie miał z kim porozmawiać. Najgorsze były noce.

Gdy tylko zamknął oczy, usłyszał uchylane drzwi. Pewnie pielęgniarka o czymś zapomniała. Udając śpiącego czekał, aż sobie pójdzie. Nie miał ochoty z nikim rozmawiać. Przez chwilę nie zarejestrował żadnego ruchu. Otworzył oczy. Przy jego łóżku stał mężczyzna, który wydał mu się dziwnie znajomy. W jego dłoni błysnął złotem niewielki przedmiot.
- Kim jesteś? Co tutaj robisz? – zapytał – czy ja Cię znam? Nie jesteś lekarzem.
- Nie jestem lekarzem. – odezwał się mężczyzna, przeciągając słowa i wpatrując się w niego dość dziwnie. Po czym podniósł dłoń i spojrzał na coś, co okazało się być zegarkiem kieszonkowym. Zapatrzył się w cyferblat i zapadła przytłaczająca cisza. Ted już sięgał do przycisku wzywającego pielęgniarkę, ale mężczyzna kontynuował – Nie znasz mnie, ale ja ciebie tak. Przyszedłem cię odwiedzić. Jesteśmy… rodziną. Mam na imię Edward.
- Naprawdę?
- To popularne imię w naszej rodzinie, Teddy.

Ted nie przypominał sobie żadnego członka rodziny o tym imieniu, ale też nie byli z rodziną zbyt blisko... zwłaszcza po śmierci mamy. – Nie mów do mnie Teddy, nikt tak do mnie nie mówi.
- Mama tak do ciebie mówiła. – to stwierdzenie bardziej go zdenerwowało niż uspokoiło, co od razu zdradził przyspieszony dźwięk kardiografu.
- Mama nie żyje! – krzyknął i zerwał się z poduszki tak gwałtownie, że zachybotał się worek z kroplówką.
- Dobrze już, dobrze. Nie narażajmy twojego serca na niepotrzebny stres. Poza tym zaraz ktoś przyjdzie zobaczyć, co to za hałasy i mnie stąd wyrzucą…
- To… nikt nie wie? Więc jak tutaj wszedłeś po godzinach odwiedzin?
- Wymagało to naprawdę wielu starań – odpowiedział mężczyzna i znów spojrzał na swój złoty zegarek – nawet nie wiesz, ile.

Ted przyglądał mu się uważnie. Zanim się odezwał, kardiograf powrócił do usypiającego rytmu. – Jesteś rodziną ze strony mamy? Jesteś do niej podobny. Masz takie same oczy.
- Ty też. Jak dorośniesz będziesz do niej podobny – mężczyzna uśmiechnął się, ale w uśmiechu tym nie było radości.
- Po co tu przyszedłeś?
- Chciałem spędzić z tobą trochę czasu. Nikt nie powinien sam witać nowego roku. Chcesz, opowiem Ci bajkę.
- Bajki są dla dzieci. – ofuknął się chłopak.
- W każdej bajce jest ziarno prawdy – gość przysunął sobie krzesło do szpitalnego łóżka. Leżący na nim Ted poprawił poduszkę i przewody pomp infuzyjnych. – Pamiętasz opowieść o Alicji w Krainie Czarów? – Jednak nie czekał na odpowiedź, tylko zaczął opowiadać…

Alicja… uciekła z domu, bo myślała, że nie jest nikomu potrzebna. Była święcie przekonana, że nikt nie przejmie się jej zniknięciem i nikt nie będzie jej szukał. Liczyła, że gdzie indziej będzie jej lepiej. Że znajdzie nowych przyjaciół i będzie szczęśliwa. Kiedy trafiła do… Krainy Czarów i spotkała jej mieszkańców: mówiące zwierzęta i rośliny a nawet przedmioty nie przypominające w ogóle ludzi, bardzo się zdziwiła. Ona sama również zaczęła się zmieniać w sposób, którego nie była w stanie kontrolować. I tak, bajka zaczęła przeradzać się w koszmar, a kraina stała się więzieniem. Terror pośród mieszkańców siała bezduszna, okrutna, zła do szpiku istota… Królowa Kier. Kto raz stanął na jej drodze, nie miał szansy uciec ani ukryć się przed jej gniewem. Nigdzie i nigdy. A ścięcie głowy w porównaniu z torturami i męczarniami, które zadawała, to dziecięca igraszka. Jednym gestem dłoni mogła spowolnić, przyspieszyć albo całkiem zatrzymać bicie serca, a po śmierci swojej ofiary jej serce dołączała do swojej potwornej kolekcji. Bajka, którą wszyscy znają, kończy się w chwili, kiedy Alicji udaje się uciec z tej krainy, bo bajki powinny mieć szczęśliwe zakończenia…  Nikt nie jest w stanie stamtąd uciec. Nigdzie ani nigdy…

Ted z dreszczem emocji czekał, aby dowiedzieć się, jakie zakończenie będzie miała ta wersja historii, chociaż w głębi duszy już to wiedział. Mężczyzna jednak nie dokończył opowieści. W pierwszej chwili Ted pomyślał, że jego gość zasnął na krześle, ale on siedział i wpatrywał się jak zahipnotyzowany w zegarek, który trzymał w dłoni. Chłopak wychylił się, żeby mu się bardziej przyjrzeć. Zbliżała się północ, ale wskazówki poruszały się w odwrotną stronę niż powinny.
- …Przed nią nie można uciec. Nigdzie ani nigdy – Ted aż podskoczył na łóżku – Ale jeśli wierzyć radom Gąsienicy, istnieje cień szansy…
- Jaki – pytanie samo wyrwało się z ust chłopca. Niepokój, który narastał w sali od dłuższej chwili, odbił się echem kardiografu.
- Nigdy tam nie trafić… – mężczyzna podniósł wzrok i przeszył Teda spojrzeniem, które niemal ukłuło jego serce. Jego oczy były tak dziwnie znajome. Chłopak wyczytał z nich wszystko.

Edward zauważył w oczach chłopca przerażenie i zrozumienie. Zdążył złapać za go za nadgarstek na sekundę przed tym, zanim wcisnął przycisk alarmujący personel i wszystko by przepadło. Drugą dłonią szczelnie przykrył otwarte do krzyku usta. Jedynym dźwiękiem słyszalnym w sali był kardiograf, którego tempo rosło wraz z rozszerzającymi się źrenicami, by po niecałej minucie przejść w świdrujący jednostajny ton. Głowa chłopca osunęła się na poduszkę, a jego ręka zwisła bezwładnie z krawędzi łóżka. Edward spojrzał na siebie, a potem na zegarek, który wskazywał punkt dwunastą i żadna z jego wskazówek nie miała zamiaru zmieniać tego stanu rzeczy. Zdążył. Udało mu się!

Do pokoju wbiegł personel medyczny zaalarmowany zanikiem akcji serca pacjenta. W chaosie nikt zdawał się nie zauważać nieproszonego gościa, który wycofał się pod okno. Wokół łóżka zaroiło się od białych kitli, trwała gorączkowa próba prześcignięcia czasu i przywrócenia pracy serca za pomocą defibrylatora. Wątłe ciało podskakiwało w konwulsjach na łóżku. Edward patrzył na to ze stoickim spokojem, jakby dotyczyło kogoś innego. Zrobił kolejny krok w tył, potrącając nogą prezent od ojca – wielkiego pluszowego misia, którego przy pierwszej sposobności wyrzucił przez okno szpitalne prosto pod nadjeżdżającą ciężarówkę.

Rzeczywistość zaczęła rozpływać się w czerni. Przyjął śmierć niczym wybawienie. Tylko w ten sposób mógł się uwolnić od koszmaru Arkadii i swojej okrutnej Pani. Jego świadomość zgasła. W ciemności usłyszał pojedyncze piknięcie kardiografu, które przeraziło go bardziej niż cokolwiek na świecie.


+